niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 7 "Prawda"

                                                            PRAWDA

- Powiedz, że to lepsze niż to co mi napisałaś - mówił z nadzieją w głosie, ale złudną. Widać było po mojej minie, że to co ma wyjść zaraz z moich ust pozytywne dla niego nie było. Niestety. Ze smutkiem i wstydem zaprzeczyłam głową. Teraz sobie to uzmysłowiłam-zdradziłam go. Wcześniej chyba odpychałam tę myśl od siebie, ale nie dało jej się zignorować, gdyż była to prawda. Okropna prawda. To była po prostu zdrada. Serce mnie zabolało, poczułam głęboki wstyd i ból, bo skrzywdziłam czy zaraz skrzywdzę osobę, którą kocham. W jednej chwili zaczęłam płakać. Od razu usiadłam bezsilna i zakryłam dłońmi twarz. I na nic poprawiania makijażu przed kilkoma minutami. - Ej! Co sie stało? - zapytał zdziwiony, zmartwiony, zdenerwowany i jednocześnie smutny Max. Usiadł koło mnie i jeszcze raz zapytał, teraz delikatniej. - Vani - nazwał mnie pieszczotliwie, mówi albo tak albo "Esia". Od dawna tak mnie nazywa, takie słodkie zdrobnienie mojego imienia, kocham jak tak mówi. Teraz mu nie odmówię odpowiedzi... - co jest? Proszę, powiedz... Wiem, że jest coś jeszcze oprócz tego ci mi napisałaś. Chcę znać całą prawdę. - powiedział naprawdę poważnie. - Ale...ja...zrobiłam coś...okropnego... - mówiłam przez płacz. - wiesz, że cię kocham i wybaczę ci naprawdę dużo - widać było w jego oczach tą miłość i wielkie oddanie, ale zobaczyłam też ukryty strach, że rzeczywiście powiem coś, czego nie będzie mógł mi wybaczyć. Tak go znam, że już mało co zdoła przede mną ukryć. Chociaż nie wiem czy wolałam to widzieć, poczułam ból. Bałam się naprawdę. To było takie straszne i przytłaczające. - Ja cię też tak kocham i dlatego chcę to wyjaśnić, chyba wolę tego dłużej nie przeciągać. Wiesz, początki są zawsze... - Najtrudniejsze, wiem. Często to powtarzasz - próbował się uśmiechnąć. - no too? - ja... - zamknęłam powieki i zaczęłam szybko mówić, by mieć to już za sobą - kiedy Jack mnie pocałował, nie od razu odepchnęłam go... - czułam się jak taki piesek, który stoi przy rozbitym wazonie przez siebie, a nad nim jest jego pan i tego pieska jedynym ratunkiem jest litość pana z miłości do niego. Lecz ten piesek tak jak ja wie, że źle zrobił. Otworzyłam oczy i zobaczyłam gniew i ból, może jeszcze zawód i upokorzenie na twarzy Maxa. Łatwo rozpoznać co czuje, przynajmniej dla mnie. Już otwierałam usta, by powiedzieć coś na swoją obronę, ale Max odwrócił się dość gwałtownie i skoczył z balkonu na gałąź drzewka. - Max! Proszę! - krzyczałam - ja...ja cię kocham - powiedziałam ciszej i tak się nie odwracał. Patrzyłam tylko - mając w oku łzę, która nie chciała spaść - w okno, które przed chwilą wszedł i zatrzasnął Max. Stałam sama na balkonie, zupełnie nie wiedząc co zrobić. Wokół mnie było już ciemno, tylko światło z mojego pokoju oświetlało mój prawy profil. Po chwili poczułam gęsią skórkę na ręce, było mi chłodno - dopiero teraz to poczułam. Weszłam do pokoju i tylko jedno co mi mogło pomóc to prysznic. Wzięłam piżamę i ręcznik do łazienki. Powoli zsunęłam swoje ciuchy i pozwoliłam im opaść na kafelki. Już naga weszłam do kabiny prysznicowej i po chwili poleciała ciepła, prawie gorąca woda, która spływała po moim ciele. Mieszała się razem ze łzami. Mogłam tu sobie płakać i nikt nie słyszał. Wzięłam po chwili ręcznik i opatuliłam się nim. Weszłam do ciemnego pokoju i skuliłam się pod kołdrą. I płakałam. Raz to było tylko łkanie, a raz rozpacz. Myślałam i wszystkim i o niczym. Nie mogłam spokojnie pomyśleć, przeszkadzał mi płacz. Nie mogłam go stracić, Max był i jest dla mnie bardzo WAŻNY. Jestem okropna, jestem okropna - głos w mojej głowie to powtarzał. W końcu ze zmęczenia, z natłoku wrażeń zasnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz