DESZCZ (Hotel Elvis)
- Nidzie n i e i d z i e s z. - Max złapał mnie mocno za rękę. Odwróciłam się twarzą do niego, a on pociągnął mnie w swoją stronę. Ale bym chciała zobaczyć teraz minę tej jędzy, dobra.. Elizabeth, lecz niestety, a może na szczęście przed sobą widziałam tylko twarz Maxa. Patrzył mi prosto w oczy, a ja jemu.
- Vanesso Johnson - mówił powoli moje imiona i nazwisko. - tylko ciebie kocham i wolę cię od wszystkich innych osób płci żeńskiej. Noo..nie licząc mamy, ale wiesz, to co innego - puścił mi oczko. Uśmiechnęłam się, teraz po tych słowach czułam sie szczęśliwa. To niesamowite jak szybko może się zmienić nastrój! - aha i, żeby było jasne, wolę cię też od jakichkolwiek osób płci męskiej. - już nie dodał nic o tacie, bo...on go nie miał. Umarł ogólnie przez alkohol, kiedy Max miał 7 lat, dwa lata później wprowadziłam się w jego sąsiedztwie. On jest ode mnie starszy o rok. Ale to nie miało znaczenia.
- jak ty to robisz, co? - zapytałam od nowa w nim zakochana.
- ale co ja robię?
- zaczarowujesz mnie. Jestem wtedy szczęśliwa co, by się chwilę temu nie stało, zapominam o tym.
- dar. - zaśmialiśmy się.
- ale ja nie potrafię..jej polubić, przepraszam..
- spoko, rozumiem kotku.
- na pewno kotku?
- tak kotku.
- ty mój kociaku - szepnęłam mu na ucho i lekko je ugryzłam.
- ej! Nieczysto grasz! - uśmiechnął się - Chyba pada.. - powiedział zmieniając temat, rzeczywiście pojedyńcze krople spadały na ziemię.
- no chyba tak. No to nici z wypadu na lody - popatrzyłam na Elizabeth.
- yy... Max odprowadzisz mnie? - szybko i energicznie zapytała trzepając tymi swoimi sztucznymi rzęsami. Popatrzyłam się na niego, miejąc nadzieję, że podejmie odpowiednią decyzję. Miałam zdenerwowany wyraz twarzy i Max spojrzał się na mnie wzrokiem, który miał mnie uspokoić i szczerze uspokoił.
- Elizabeth rozmawialiśmy i wiesz, że ja mam teraz dziewczynę i ona jest u mnie na pierwszym miejscu, wiec sorry, ale powinienem i chcę ją odprowadzić.
- Aha, okey - powiedziała urażona. I obrażona odwróciła się. - Palant - prychnęła cicho, lecz niestety usłyszałam to.
- przepraszam bardzo, ale kto tu jest palantem i niby dlaczego? - odpowiedziałam spokojnie, na razie...
- a kto? Ten dupek, woli takie coś ode mnie! - i wskazała na mnie. Już taka spokojna nie będę.
- co proszę?? Ty na siebie nakładasz tony makijażu i mówisz, że jesteś piękna! To gdzie ta piękność jest?? Może w uszach, gdzie nie masz botoksu tyle! Jejuu nawet włosy to ty farbujesz, bo cała jesteś z plastiku. Nie chce widzieć jak będziesz za 30 lat wyglądać!! Wiesz? Będziesz taka zmarszczona od tych kilku warstw makijażu. Nie będę ci nawijać o twoim charakterze i wielkim ego, bo i tak dla ciebie ważny jest tylko wygląd, aha i byś tego nie zrozumiała! - mocno się wkręciłam. I mimo, że otwierała usta, by coś powiedzieć, nie dałam jej dojść do słowa. - nie nazywaj mojego chłopaka palantem ani głupkiem, bo wie więcej od ciebie, jest milszy, mądrzejszy i nie ma nic z dupkiem związanego!! A to coś - pokazałam na siebie - jakoś woli od tego czegoś - wskazałam na nią. - a więc nas chyba w ogóle nie znasz, papa - uśmiechnęłam się do niej sztucznie słodko. I objęłam Maxa mocno, żeby się uspokoić i trochę, żeby ją jeszcze wkurzyć.
- idziemy kochanie? - zapytał mnie mój książę. Nie zdziwił się po mojej "przemowie", bo mnie po prostu zna i wie, że jak mi coś nie pasuje to to mówię, jestem szczera, ale nie aż do bólu, tylko czasami, tak jak teraz.
- Tak. Chodźmy - i poszliśmy. Cały czas padał deszcz, a my śmialiśmy się, biegliśmy choć żadne z nas nie chciało dotrzeć do domu i sie rozdzielić. Zaczęło grzmieć. Krzyknęłam, zawsze tak miałam. Usłyszałam grzmot lub zobaczyłam błysk i z moich ust wydobywał się krzyk.
- choć do "Hotel Elvis"! - Max wpadł na szalony pomysł.
- My tam od wieków nie byliśmy! Ale z chęcią! - krzyczałam, bo wśród tego deszczu nie usłyszał by mnie mój towarzysz, gdybym choćby mówiła normalnym głosem. Zaczęliśmy szybciej biec. W "Hotelu" mogliśmy być razem, to było nasze ulubione miejsce w dzieciństwie. Bo ten "Hotel Elvis" to nic innego jak domek na drzewie, który zbudował mój tata razem z Maxem. Ja i moja mama robiłyśmy im kanapki, i też pomagałyśmy. To wspaniałe wspomnienie. Zawsze kiedy chcieliśmy uciec od reszty ludzi, tam szliśmy. Tak naprawdę te wieki, kiedy tam nie byliśmy to 4 lata, od kiedy Max zaczął chodzić do gimnazjum, ja byłam wtedy w 6 klasie. Teraz on jest w liceum, a ja w 3 klasie gimnazjum. Ja i Max mieszkamy w sąsiedztwie, a "Hotel Elvis" jest na przeciwko drzewa, które jest pomiędzy naszymi domami, więc tak, z naszych okien pokoi można było (chociaż niełatwo) wleźć na drzewo (nazwaliśmy je Felix, bo mieszkała w nim kiedyś wiewiórka i też, bo całe to drzewo w jesień jest najbardziej rude czy pomarańczowe z chyba całego miasta), a z niego przejść do "Hotelu Elvisa". Czasami też po prostu dzięki Felixowi odwiedzaliśmy się, bez zgody i wiedzy rodziców. Zostały nam tylko dwie uliczki i już będziemy. Na zakręcie jednej, gdzie juz było widać "Hotel" pośliznęłam się. Max w ostatniej chwili mnie złapał. Byłam parę centymetrów nad ziemią w objęciach Maxa. Deszcz lał coraz mocniej. A my tak staliśmy, znaczy ja prawie leżałam i wpatrywaliśmy się sobie w oczy, aż po chwili nasze usta się złączyły w romantycznym pocałunku w deszczu. O takim zawsze marzyłam, widziałam je w filmach. Ciekawe czy nasz pocałunek też był tak piękny. Nie, sto razy piękniejszy! Pomógł mi wstać, poczułam mocny ból w prawej kostce, jęknęłam.
Czekam na dalszy ciąg ^^
OdpowiedzUsuńOpowiadane bardzo fajne ;)
Bardzo dziękuję, mam nadzieję, że dalsze rozdziały też ci się spodobają... pozdrawiam ;* ;))
Usuń